Bolesny temat – Love Theme ex Dirty Beaches

Artykuły

Gdy szykowaliśmy się na warszawski koncert Love Theme w listopadzie, to naturalne, że musimy jakoś pocieszyć się po informacji o jego odwołaniu. Cóż, to się zdarza, nie ma się co gniewać, jest jeszcze album, którego można słuchać. I słuchać i słuchać, tak dużo się już nim pokrzepiać, że aż trzeba coś o nim napisać.

 

U podstaw albumu leży materiał powstały w wyniku improwizacji tej trójki: Alex Zhang, Austin Milne, Simon Frank. Rzeczywiście są momenty, w których elementy jak i charakter tego jazzującego jam session przebrzmiewają ponad warstwy pracy nad pierwotnym nagraniem. Słychać to kipiące zjawisko, gdzie każdy plan muzyczny pragnie zaznaczyć swą obecność, nie przekrzykuje się jednak. Owe warstwy nakładano w Montrealu, Londynie, Los Angeles i Tajpeju. Może właśnie to wzbogacanie dookoła globu zaskutkowało brzmieniem nie z tej planety?

 

Album Love Theme jest jednym z tych, gdzie otwierający utwór ma tak silną charyzmę, że decyduje o odbiorze całej reszty. Gdzie osadza nas więc Desert Exile? W wygnaniu na pustynię, podpowiada wszak sam tytuł. Słyszę to skojarzenie w melodii saksofonu, wąziutkie odległości między poszczególnymi dźwiękami nadają jej bliskowschodni posmak. Przy tym instrumencie należy jednak zatrzymać sie na dłużej. Ściślej mówiąc- przy dwóch, gdyż Zhangowi na bliźniaczym saksofonie wtóruje Milne. Ten grający wyżej się dusi. Niepowszechne, ale jak efektowne i zręczne wykorzystanie górnego rejestru stworzyło przecudnie poraniony śpiew w tej srogiej przestrzeni. Pisałam już w innym tekście o jego podobieństwie do, co ciekawe, trąbki Nilsa Pettera Molvaera, naprawę wołają o łaskę tym samym głosem. Drugi, osadzony w niższym brzmieniu, wtóruje tamtemu, zafrapowany. Mijają się i plączą jak marazm. W dole osadzony dron z czasem zaczyna funkcjonować jako rytm i miarowo mijane przeszkody na drodze, które trzęsą naszym pojazdem. Coraz wyraźniej, aż w Late crossing to rytm jest na wierzchu. Początkowa zmiana proporcji, migoczące, spadające blachy to chwiejna konstrukcja w której i tak świetnie odnajduje się saksofon. To on wciąż ciągnie tę muzykę w dal, poprzez kolejny utwór- tryptyk Docklands / Yaumatei / Plum Garden. Drugi z nich to zaskakujące odkrycie- w tym surowym, pustym świecie też są imprezy i kluby! Świetnie uzyskany efekt zamglenia tanecznych uderzeń sprawia, że wydaje się to byc podziemnym zjawiskiem. Wybija się tym razem gitara, koncertująca i skrzecząca. Popis nie dla przyjemności a jednak tak wspaniale zgrany, że żal, gdy część ta nagle wygasa. Ale w jej miejsce już pojawiają się drobne, wijące schodki prowadzące do kolejnej melodii. Tu pobrzmiewa Wschód dalszy, narasta w nim to napięcie, które już znamy. A dalej, można się spierać, ale She's Here oraz All Sky, Love's End to rodzaj klamry. Powrót na pustkowie i syreni, zagubiony śpiew. Bardzo dużo bólu zdaje się być w tej muzyce, w tej melodii wołającej. O pomstę do nieba? O kogoś? O ratunek? Ostatnia, najdłuższa kompozycja być może przynosi odpowiedź lub też dalszy ciąg zdarzeń. By mieć nadzieję na dowiedzenie się tego, trzeba jednak się przysłuchać, gdyż charakteryzuje się ona gęstością, strukturami, które przemykają jakby obok siebie, będąc wciąż jedną mieszaniną. Klaruje się w tym jednak struktura. Chociaż to, co powstaje nie jest klarowne, czyste. Jest transem i gdy już album się kończy, nam wciąż szumi w uszach.

 

Można posądzać projekt Love Theme o przedłużenie niektórych zamysłów Dirty Beaches, poprzedniej formacji Alexa Zhanga. Tutaj są one jednak w pełni wyeksponowane, rozwinięte do rozmiarów całej nowej i odrębnej jakości. Powstała aura jest surowa i tęskna, łaknie łagodności. Muzycy dają jednak świadectwo tego jak piękny potrafi być dyskomfort. I jeśli jest to jednak krajobraz z innej planety, jak pisałam na początku, to jedno jest pewne. Smutek i tęsknota są tam takie same jak tu, na Ziemi. 

 
Autor:

Marta Konieczna