Eksperymenty malowane bębnem

Artykuły

Odłóżmy na moment dziesięciostopniową skalę ocen i ruszmy w krainę eksperymentu, gdzie często coś nie wychodzi, ale jakby nie patrzeć, to niepowodzenie jest zwyczajnym elementem eksperymentu. Nie próbuję was teraz jednak nakłaniać do słuchania czegoś autentycznie żenującego albo kiepskiego – w żadnym razie, to tylko wstępniak, który sugeruje, żebyście odrzucili typowe dywagacje udane/nieudane i po prostu, przynajmniej raz albo dwa, zwiedzili te dziwaczne lokacje, namalowane perkusją, oraz… czymś.

 

 

Jakim czymś? W przypadku Haino są to loopowane, duszne wokale, DiMuzio & Cutler to sprawa syntezy brzmień perkusji z elektroniką, zaś u Muellera – rzekomo, bo nie wierzę w to całkowicie, ale tak mówią liner notes – sama perkusja, a dokładniej brzmienia różnych sprzęgających bębnów oraz perkusjonaliów. Znowu pada moje ulubione trzy, zapraszam Was więc na wycieczkę do krain malowanych elementami rytmicznymi, które jednak wcale żadnemu rytmowi nie służą. Aż się prosi, żebym napisał tu o „Two Gongs” Rhysa Chathama – postać, która po drodze wyskoczy u Jona Muellera, bo panowie współpracowali w 2007 roku – czyli godzinnym eksperymencie na dwa zbrzmiewające gongi z 1971 roku. Można oczywiście także napomknąć o tradycji grania na samych bębnach, która jest tak stara jak człowiek na planecie, ale myślę, że takie nagrania jak „Drums of Passion” Babatunde Olatunji trochę nie trafiają w temat całości, wszak mamy tu do czynienia z raczej nietypowymi zastosowaniami dla instrumentów okołorytmicznych. Dobra, przyciężkie wprowadzenie czas zamknąć. Przejdźmy więc do płyt.

 

 

 


Keiji Haino – 'C'est Parfait' Endoctriné Tu Tombes La Tête La Première N'essayant Pas De Comprendre Quelque Chose Si Tu Te Prépares À La Décision D'accepter Tout Compris / Endre En Toi-Même Cela Se Résoudra.


Przyznam, że to właśnie to nagranie zasugerowało mi dzisiejszy temat – Haino bawi się tutaj automatem perkusyjnym, ale właśnie… Czyżby „Keiji Haino’s goes Four Tet”?

 

Byłoby ciekawie, ale nie. Zabawa ta to raczej hacking, ale w takiej klasyczniejszej wymowie – kiedyś bowiem termin ten odnosił się głównie do osób, które dosyć kreatywnie zmuszały coś do robienia czegoś, czego robić nie miało. Nasz białowłosy Japończyk wpadł na pomysł wykorzystania syntetycznych bębnów jako elementu budującego napięcie i składającego wiele różnych tekstur. Dodając do tego pętle z własnymi wokalami, brzmiącymi niczym z nawiedzonych budynków tudzież piekielne okrzyki, dostajemy intrygujący, prawie godzinny, spektakl. W opracowaniach często porusza się inspiracje Haino japońskim teatrem Noh – nie mam na ten temat zielonego pojęcia, ale zainteresowanym nie omieszkam o tym wspomnieć.

 

Należy bowiem nadmienić, że materiał znajdujący się tutaj pochodzi z jednego z koncertów, a nie ze studio! Podsumowując: Haino, molestowane syntetyczne bębny i perkusja, a do tego dużo pętli, szatańskich okrzyków, dodatkowo to wszystko na żywo. Czego chcieć więcej? Całość kipi jak w dużym garze, do którego ktoś wrzucił faceta i zamknął pokrywę, a jest to ciężka, żeliwna pokrywa, której od środka ludzkie ręce ruszyć nie mogą. Faktycznie, Japończyk brzmi tutaj, jak gdyby dusił się we własnych sokach, ale jak wszyscy wiemy – najciężej jest wytrzymać ze samym sobą.

 


Jon Mueller – Metals


 

Trzydzieści cztery minuty. Tyle czasu potrzeba, by Jon Mueller zaprezentował nam swoje pomysły na rozmaitej maści zbrzmienia i hałasy, wydobywane (jeśli wierzyć liner notes) jedynie z bębnów i perkusji. Duże pokłady repetycji… Rezultaty są jednak ciekawe – na „Mineral Balance” naprawdę nie chce mi się wierzyć, że Mueller nie stosował efektów ani żadnej elektroniki! „Trace Essential” też buczy w istocie wspaniale! Fascynuje mnie fakt, że otrzymujemy tu rzecz wymagającą technicznie – w końcu każda z tych kompozycji to w okolicach 10, a nawet 12 minut ciągłego tłuczenia, a jednak nie nastawioną na stronę popisową, lecz na eksploracje brzmieniowe. Niby trochę monotonne i męczące, ale jednak ostatecznie całkiem udane i zaskakujące podejście – kto by się spodziewał, że tak oczywista rzecz, jak tłuczenie w bębny, może dać takie rezultaty.

 

Podsumowując: interesujący projekt, a sam Mueller to ciekawy, mało znany artysta, należy tu także napomknąć o powiązaniach z Rhysem Chathamem („Guitar Trio is My Life!”) oraz o całkiem ciekawym projekcie „Death Blues” – kilka ciekawych płytek, może niespecjalnie odkrywczych, ale bardzo przyjemnych. W ogóle z Chathamem łączy go podejście do eksperymentacji – poszukajcie sobie instrukcji do grania „Guitar Trio”, to zrozumiecie. Nie ma tu skomplikowanej ideologii, jest za to całe zatrzęsienie dźwięku. I tak ma być!

 


Chris Cutler And Thomas Dimuzio ‎– Quake


 

Skrzeki, szumy i trzaski! Czy to już zagłada?

 

Nie, to tylko Chris Cutler & Thomas Dimuzio. Cutlera chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać – jeden z głónych twórców znanego Henry Cow, a także spełniony artysta solowy i współpracownik chociażby Pere Ubu, także duża postać. Dimuzio jako artysta elektroakustyczny/ambientowy zabawia się tutaj obróbką perkusji swojego duetowego partnera… na żywo! Osoby znające Cutlera jedynie z avant-progowych i art-rockowych projektów mogą być troszkę zaskoczone kierunkiem tego materiału – warto zauważyć, że zebranego z dwóch koncertów – tym niemniej za dobre wyjaśnienie służy nagranie „Musique Action ‘98”, na którym podczas jednego utworu perkusista towarzyszy Iancu Dumitrescu oraz w dwóch kolejnych nagraniach Anie-Marii Avram. Proszę jednak tego nie misinterpretować: nie mamy tutaj do czynienia z DiMuzio & Christem grającymi spektralizm, tylko z osobliwą, interesującą wariacją zagadnień z zakresu EAI i, może odrobinę, industrialu. Teoretycznie mamy tutaj dwie kompozycje – „When Cracks Appear”, około 34 minut, oraz „Gravity Waves” liczące sobie blisko jedenaście. Płyta podzielona jest jednak na fragmenty maksymalnie czterominutowe, co w zasadzie usprawiedliwia słuchanie na raty i powoduje, że całość materiału aż tak się nie dłuży. 

 

Każda zainwestowana minuta będzie tego warta, zapewniam was.

Autor:

Filip Skirtun