Interpretacje – Harmonia

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym nowym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz HARMONIA. Zapraszamy do lektury!

 

 


⎕ Filip Skirtun 


Przyznam, że czytając na stronie „Warszawskiej Jesieni” o teorii tegoż oto utworu La Monte Younga, czuję, że nie do końca łapię koncept teoretyczny dzieła. Cztery dozwolone dźwięki, w melodyjnych wersjach pozwolenie na granie także sekwencji dźwięków zamiast tylko jednego na każdego wykonawcę… Nic więcej nie umiem z tego wynieść!
Cóż, może na to przyjdzie kiedyś pora. Co jednak słyszę? Zgodnie z opisem dzieła: charakterystyczne, buczące, harmonie, zbrzmienia, drony, w sumie – w zasadzie pełen ruchomy obraz, niczym oglądanie filmu ze znakomitymi ujęciami. W sumie chyba właśnie taka postać ma towarzyszyć słuchaczowi. Odbijając się zupełnie od kwestii interwałów, delikatnie sunę po krawędzi rozumienia zasad uwolnienia muzyków i słucham dalej, licząc na to, że kiedyś będę wiedział więcej. Próbując przemycić wam jeszcze coś ciekawego, zwracam wam uwagę, że mamy tu do czynienia tylko z wytycznymi do improwizacji, a nie gotowym, napisanym dziełem: La Monte podaje tutaj dozwolone dźwięki, które można grać razem, a także progresje ich grup, które są dozwolone. Efektywnie mamy więcej do czynienia z, hm, bardziej z rezultatem twórczej pracy (i słuchania się bez przerwy!) ośmiorga muzyków – podejrzewam, że nie jest łatwo utrzymać dyscyplinę w tak dużej grupie, a tym bardziej na bieżąco.
Wykonanie "The Melodic Version (1984) Of The Second Dream Of The High Tension Line Stepdown Transformer From The Four Dreams Of China (1962)" pod przywództwem Bena Neilla angażuje ośmiu muzyków, są to Gary Trosclair, James Donato, James O’Connor, Pamela Fleming, Rich Clymer, Rick Kelley, Stephen Burns, oczywiście wraz z samym Benem. Jakość nagrania jest naprawdę najwyższej klasy. Klarownie, ostro, znakomicie. Jeśli potrzebujecie dobrej rekomendacji, to powiem inaczej: osiem harmonijnie grających trąbek z harmonami, tworzących abstrakcyjne obrazy i wręcz sunące masy dźwięku o monstrualnej masie i wielkiej sile. Osobiście jestem zupełnie zdemontowany przez to nagranie. Blednie przy nim potężna partia współczesnych zespołów grających drony na jedno kopyto. Paleta brzmień, która się tu przewija jest doprawdy imponująca. Dziwi to tym bardziej, że jakby nie patrzeć to całość jest oparta na prostych zasadach improwizacyjnych!
Inspiracją dla La Monte były dźwięki wydawane przez transformatory, przyznacie chyba, że to świetny pomysł?!

⎕ Bartek Janisz 

 


Naturalna obecność harmonii w znanym nam świecie jest przedmiotem dyskusji wśród mądrych głów od setek wieków, ład, równowaga sił, płynność wpływów doprowadzających do zamknięcia cyklu, to tylko jedne z dywagacji. Prawie każda z rozwiniętych kultur, doceniała jej ulotną wartość, harmonia fascynowała poetów, malarzy, architektów i muzyków. Wobec niezwykle dynamicznych zmian dzisiejszego świata, trudniej o chwile uwagi i dokładną obserwacje jej wytępowania, pomimo tego, że podobne względem swojego opisu - stany wewnętrzne trzymają nasze umysły z dala od depresji. 
Według teorii psychologii humanistycznej, harmonia to „twórcze przystosowanie”, wyjaśniając nieco, jest to umiejętność wywierania wpływu, tak aby zachować poczucie sprawczości, co bezpośrednio daje nam stery nad własnym życiem. Odnosząc się do tej teorii, harmonia nieodłącznie musi się wiązać z możliwością wyboru, a w dużym skrócie, ta prosta myśl dała początek muzyce ambient. 
 
„Ambient”, jako nazwa gatunku muzycznego została wymyślona przez Briana Eno, aby zaznaczyć swoją odrębność od „muzyki mebli” Erika Satie. Skąd ta nagła potrzeba zmiany terminu? Muzyka która ujrzała światło dzienne wraz z „Discreet Music” ma być „aktywnie i uważnie słuchana lub równie łatwo puszczana mimo uszu, w zależności od wyboru słuchacza”, co znacząco odchodzi od definicji „muzyki tła”. W ten sposób aktywnie podejmujemy decyzje jak gospodarujemy własną przestrzenią muzyczną, jednocześnie zostawiając więcej miejsca na inwencje autora, idąc za hasłem, muzyka nie narzuca się, nie przekonuje, lecz to my możemy się do niej przekonać. Jeśli dla kogoś brzmi to arogancko biorąc pod uwagę, że Brian jest właśnie twórcą takiej muzyki, to niestety trzyma on pole position, jako kompozytor dźwięku startowego dla systemu operacyjnego Windows 95, perfekcyjnie zaadoptował swoją twórczość w życie milionów. 

⎕ Patryk Wojciechowski 


Marsen Jules to Niemka urodzona w Dortmundzie. Tworzy od 2003 roku zglębiając tajniki i możliwości ambientu. Moja przygoda z Marsen zaczęła się od płyty, którą chcę Wam dziś przedstawić czyli mającej premierę w 2006 roku Les Fleurs. Jestem wielkim miłośnikiem zwiewnych ambientowych kompozycji, które potrafią tworzyć atmosferę wypoczynku i rozmarzenia bez zbytniego pochłaniania uwagi. Nie jest to prosta sztuka i nie każdy klasyk tego gatunku wpisuje się w te ramy.

Les Fleurs pokochałem za idealny balans między dźwiękiem a ciszą; stagnacją a ruchem. Marsen jest niezwykle świadomą kompozytorką, która w pełni wykorzystuje zastosowanie tych kontrastów w swoich utworach. Na omawianej płycie prezentuje nam pełną kontrolę nad dźwiękiem zarówno jeśli chodzi o jego barwe jak i długość wybrzmienia. Wsłuchanie się w te kompozycje owocuje wejściem w bardzo specyficzny, wręcz medytacyjny, nastrój i pozwala wypełnić głowę szeregiem skojarzeń: od zachodzącego słońca po uderzające po sobie fale. Niesamowicie imponujące jest to, że za pomocą tak prostych rozwiązań, Marsen Jules potrafi stworzyć takie napięcie i dramaturgie. To kolejny dowód na to, że czasem mniej znaczy więcej.


⎕ Marta Konieczna 


Od starożytności szukano powiązań, reguł i oddziaływań budujących nasz świat. Najbardziej fascynującą mnie taką zasadą była harmonia sfer. To pogląd zrodzony w antyku, który zakładał istnienie muzyki kosmosu. Ciała niebieskie miały być oddalone od siebie w stosunku takim, jak oddalone były od siebie poszczególne dźwięki, tworząc doskonałe interwały, a w konswkwencji ową absolutną harmonię. Pogląd przetrwał wieki, pojawia się u wielu myślicieli i filozofów, jego wpływy sięgają nawet XVII-wiecznych prac Keplera. Średniowieczny uczony Boecjusz dzielił muzykę na trzy typy, instrumentalną, ludzką oraz idealną, niesłyszalną przez marne ludzkie uszy, a jednak wpływającą na pozostałe - musica mundana. Muzykę perfekcyjnych proporcji uniwersum. Współcześnie wiemy dlaczego nie moglibyśmy jej usłyszeć. Dźwięk, jakim go znamy, to drgania powietrza, którego brak w próźni kosmosu. Wszechświat zionie ciszą. Na pewno?
Wysłane w 1977 roku dwie sondy Voyager miały za zadanie zebrać informacje o Jowiszu, Saturnie, Uranie, Neptunie oraz towarzyszących im księżycach. Przy okazji zdobyły coś jeszcze – zapis fal elektromagnetycznych przemierzających kosmos, których źródłem były właśnie mijane ciała niebieskie. Zarajestrowano fale pochodzące od między innymi: interakcj wiatru słonecznego z megnetosferą planet, fal radiowych uwięzionych pomiędzy ich powierzchnią a powłoką atmosfery, naładowanych cząsteczek emitowanych z pierścieni otaczających niektóre ciała. Następnie zapis ,,przetłumaczono’’ na fale dźwiękowe. Co ciekawe, niektóre cząstki jonowe same w sobie drgały w przedziale słyszalnej częstotliwości. Odtworzone kosmiczne dane wydano w 1992 roku na albumie zatytułowanym Symphonies of the Planets. Nie są to jednak surowe przekłady na percypowany przez człowieka język. Są to swoiste kolaże różnych próbek ułożone w całość. Trwającą 2 i pół godziny podróż przez i ponad ludzkie wyobrażenie o istocie świata. Harmonię sfer, która jednak istnieje naprawdę.