Interpretacje — KONIEC ŚWIATA

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym nowym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz KONIEC ŚWIATA. Zapraszamy do lektury! 

 


︎ Marta Konieczna 

 

Mount Eerie - Wind's Poem

 

 


 

Jak jest na końcu świata? Pusto chyba, buro, może pada? Wokół ani żywej duszy, co najwyżej szare manekiny. Cieni kładących się po ziemi brak, bo nie ma słońca, wszystko jest po prostu jakoś tak ciemne. I do tego pewnie hula wiatr. Ale nie wiem, nie było mnie tam.

Nie było mnie też nigdy w amerykańskim stanie Waszyngton, więc nie mam pojęcia czy muzyczny krajobraz stworzony przez Phila Elveruma ma naprawdę swoje uzasadnienie. On sam jednak przedstawia swoje rodzime strony jako właśnie sam kraniec świata: odosobniony, indyferentny, melancholijny na swój specyficzny sposób - obszar. Cały album tchnie lekkością, oddycha, być może przez dość niską dynamikę utrzymaną przez większość czasu, szczególnie przez cichy śpiew Phila. Nastrój jednak zmienia się. To ciągły kontrast utworów spokojnych i hałaśliwych. Te drugie zrywają się znikąd, zupełnie jak tytułowy wiatr. Jest on narratorem, a raczej trzymając się znów tytułu - podmiotem lirycznym, tego poematu o dalekich stronach. Tylko wiatr mógłby zawitać tak daleko.

 

Fragmenty zrównoważone i jakby zgasłe to nostalgiczna, może aż monotonna podróż przez lasy, góry i lód północnego stanu. Słynny sampel z kompozycji Badalamentiego już zupełnie przenosi nas w te rejony. To też wyprawa wewnętrzna, oczywiście wgłąb siebie i swoich odczuć. Nie mogę wiele poradzić na to, że ta melancholia bardzo udziela się słuchając, chociaż siedzę na swoim krańcu świata, który dobrze znam. Z kolei te porywiste, blackowe momenty to koniec świata w bardziej apokaliptycznym wymiarze. Szum w uszach i pęd, nie wiedząc gdzie jeszcze dalej da się dotrzeć. Klimat miasteczka na krańcu świata upiornieje. 

Pod temat dzisiejszych interpretacji pasuje też ubiegłoroczny album Mount Eerie, czyli ,,A Crow Looked at Me''. Jest to jednak inny koniec świata.

 

 


 

︎Filip Preis

 

Purgist – Secret Habit

 

 


 

Koniec świata zawsze kojarzył mi się destrukcją we wszelkich odmianach, która byłaby zakończona wielką pustką, w której wibrowałyby i rezonowałyby pozostałości dźwięków. To właśnie według mnie zawiera się w albumie „Secret Habit” Dawida Kowalskiego, czyli Purgist. To całkowite zniszczenie pod postacią ogromnych fal noise’u mieszane jest z nastrajającymi i niepokojącymi partiami drone’owymi, które wypełniają to, czego już nie ma lub budują atmosferę czegoś nieodwracalnego. Pojawia się tu wiele kontrastów, które tak naprawdę nie stoją do siebie w opozycji – wręcz przeciwnie. To meandrowanie pomiędzy hałasem, a ciszą kreuje nastrój zapadającego się świata, kruszenia się wszystkiego dookoła, miażdżenia najmniejszych cząsteczek, rozsypywania się atomów. Tutaj nie ma żadnego dystansu – słuchacz jest wciągany w kreację Purgista, a wszystkie procesy dotyczą go w każdym aspekcie. Między spokojem, a chaosem wytwarza się cienka linia, która pod wpływem najmniejszych drgań przełamuje się, zasypując dźwiękowy spokój i melancholię tonami ciężkich zgrzytów, łomotów i sprzężeń. Amok destrukcji zabierający za sobą wszystko, co stanie mu na drodze, w finalnym efekcie zostawiający pogłosy oraz echa tego, co już było i co nie zostanie odbudowane, powrotnie scalone, ukształtowane w jakąkolwiek formę przedstawiającą.  

 

 


 

︎Karolina Kobielusz

 

 Jacaszek - Treny 

 

 


 

Ile razy przeżywałeś koniec świata? Swój. Własny. Osobisty. Taki, który choć odbywający się z dala od zgiełku, przepełniony chaosem. Pozostawiony w krainie niezbadanej i niepewnej egzystencji, doświadczasz POWOLI tylko złudzenia chłodu.  Żrąca pustka. Nawarstwiający się LAMENT. Kotłujące się ludzkie wołanie.  ŻAL. W końcu MARTWA CISZA. 

 

Myśląc o tym przejmującym obrazie, na myśl przychodzą mi wiodące, od czasu do czasu, prym skrzypce czy wiolonczela, które są integralną częścią albumu „Treny” Michała Jacaszka. Potęgowane przez unoszące się wokalizy Mai Siemińskiej brzmią tak, jak głos ludzki w obliczu indywidualnej apokalipsy. Bezbronny, przezroczysty, najbardziej dotkliwy. 

 

Rzucane trzaski, kołyszące się szumy, kruchość jazgotu, niesłabnące drżenie towarzyszą albumowi od początku do końca eskalując jednocześnie żałobny nastrój. I mimo że brak tu dosłownego exordium, laudatio czy comploratio - „Treny” są absolutnie wiarygodne. Nie były tworzone w obliczu tragedii, a jednak, dzięki kunsztowi Jacaszka, można odczuć tak wiele gloryfikowanego tu smutku. 

 

Gdyby tak wyglądał koniec świata, jak brzmi ten zbiór - zbiór pieśni rzewnych…

 

 


︎ Filip Skirtun

                                                          Fire! Orchestra - Enter 

 

 


 

Truizmem jest, że żeby wyjść, trzeba najpierw wejść. "Part 1" z "Enter!" Fire! Orchestry przypomina nam o tejże niby oczywistej, ale łatwej do zapomnienia kwestii. Na pamiętnym "Exit!" wyszliśmy, teraz wchodzimy, oj tak i to jeszcze jak wchodzimy...

 

Prawdziwie apokaliptyczny, ostry, miejscami wpadający w prawdziwy chaos, mieszczący w sobie gigantyczny miks wydarzeń: big-bandowe uzupełnienia, wrzaski niczym topielców, repryza początku (z ostrym, marszowym, rytmem) w "Part 4" czy zejście do piekła w drugiej połowie "Part 1". Jazz-rock? Może już nie awangarda, lecz zdecydowanie podmuch świeżości (o co wcale nie tak łatwo!), gdzie i tak trzon całości stanowi trio Fire!. Cóż z tego, skoro raczej powinniśmy tu zerkać w kierunku eksperymentów Jazz Composers Orchestra czy George'a Russella (pamiętna "Electronic Sonata..." dźwięczy tu przeogromnie), aniżeli materiałów w stylu "She Sleeps, She Sleeps". Koniecznie zwróćcie uwagę na tę genialną motorykę na początku "Part 2" - duch zeuhlu nadal żyje! Szczypta Carli Bley (choćby z "Tropic Appetites") też znajdzie tu miejsce. Wielki tygiel gatunkowy, kulturowy i ideowy, słowem: behemot. Gdybym chciał komuś streścić (w pięciu nagraniach) czym może być jazz współczesny, to zdecydowanie bym ten album wybrał.

 

 
Miałem okazję przy tej płycie przeżywać własne, małe, końce świata, nadaje się ona do tego wprost wyśmienicie. Ciężar, trans, spejsowe odloty, krzywy mellotron - mniam!

 

 


 

︎ Patryk Wojciechowski 

 

 

The Haxan Cloak – Excavation

 

 


 

Koniec świata to strach. To paraliż. Wstrząs. Walka o przetrwanie jest czymś wpisanym w nasze DNA. Funkcja, którą bardzo ciężko wyłączyć. Kiedy wyobrażam sobie scenę walki o życie, słyszę dzwięki z płyty Excavation. W 2013 The Haxan Cloak uraczył nas czymś szczególnym. Ten brytyjski producent stworzył niesamowicie angażujący album, który wręcz w filmowy sposób opowiada historie o balansowaniu na granicy życia i śmierci. Jest to niewykorzystana ścieżka dźwiękowa do niestworzonego mrocznego remake'u Killa Billa. Ktoś musi kiedyś podłoży takie The Mirror Reflecting pod scenę, w której Uma Thurman próbuje wydostać się z zakopanej w ziemii trumny. Pozornie Excavation wydaje się być zbiorem przeróżnych dźwiękowych efektów specjalnych.

 

Jednak taka recenzja byłaby zdecydowanym uproszczeniem. Bobby Krlic potrafi połączyć dość proste elementy w ekscytującą całość tworząc niesamowicie angażujący i intrygujący koncept album. Atmosfera jest tak gęsta, że momentami jesteśmy w stanie odczuć to na swoim ciele – zupełnie jakbyśmy byli bohaterami tej opowieści. Jeśli zabierzemy się za odsłuch tej płyty na słuchawkach w odpowiednich warunkach mamy szansę przeżyć naprawdę szczególną przygodę i przenieść się do mrocznego świata, który nie oferuje nam nic poza przerażeniem i przenikliwym chłodem. Jeśli jesteście fanami kreatywnego sound designu to z pewnością znajdziecie tu coś dla siebie.