Interpretacje — PRZESTRZEŃ

Artykuły
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz PRZESTRZEŃ. Zapraszamy do lektury!

 

 


 

︎ Marta Konieczna 

 

Xenony - Polish Space Program

 


 

Jeśli przestrzeń, to czemu nie ta kosmiczna? Interpretacja idąca w tym kierunku mogłaby nas zaprowadzić w naprawdę wiele miejsc, do naprawdę wielu płyt. Chłodne syntezatory, analogowa elektronika, wirujące efekty, cały space rock. Ale z własnego podwórka też można polecieć w kosmos. Szczególnie, gdy akurat wczoraj miała miejsce premiera płyty zespołu Xenony, o wiele wyjaśniającym tytule ,,Polish Space Program''. Na nim przestrzenne skojarzenia oczywiście się nie kończą.  Bo i okładka, i nazwy utworów, i teledysk do promującego całość singla ,,Ziemia'', i przytaczane inspiracje. To wszystko orbituje wokół kosmicznego tematu. Co do tych ostatnich, zespół powołuje się na literaturę spod piór Stanisława Lema oraz Philipa K. Dick'a. Sprawdziłam, opowiadania pierwszego, (,,Terminus'' i ,,Test'') czyta się bardzo dobrze do tego albumu. Trochę dudniąca, czasami chropawa, a czasami świszcząca elektronika zdaje się mieć takie samo podłoże co ta używana na poprzednim dziele , czyli płycie  ,,XE''. Są momenty, że przypomina odliczanie do startu. Albo odrzut silników, albo syk odkręcanych zaworów. Być może teraz już nadinterpretowuję, ale od czego jest ten cykl!

 


 

︎ Patryk Wojciechowski

 

Jonn Serrie - And The Stars Go With You

 


 

Do kogo się zwrócić po przestrzeń jeśli nie do Jonna Serrie, żywej legendy space ambientu? Prawdopodobnie jedno z najważniejszych dzieł tego gatunku, które po latach nie stało się jedynie muzycznym skansenem i nadal potrafi sprawiać frajdę przy odsłuchu. Gdyby Kubrick zdecydował się jednak na oryginalną ścieżkę dźwiękową do swojego opus magnum to powinien rozważyć Serriego zamiast Alexa Northa. W każdym razie, zostawmy w spokoju Kubricka i wróćmy do płyty o której mowa czyli 'And The Stars Go With You'. Tytuł wydaje się nie być przypadkowym wyborem bowiem dźwięki na tym albumie odznaczają się dość wyraźnym emocjonalnym nacechowaniem. Nie jest to zimny i monumentalny twór Tangerinopodobny, Serrie zabiera nas raczej na przyjemny trip wspomagany mieszanką wody, cytryny, cukru trzcinowego i mdma. Dostajemy to, co powinien oferować każdy porządny reprezentant tego gatunku czyli cudowne rozbicie dźwięków i zabawę przestrzenią. Zdaję się, że przy każdej interpretacji rozpływam się nad tym aspektem wybranych przeze mnie płyt i można w pewnym momencie zaczać nabierać pewnych podejrzeń co do zasadności tych stwierdzeń, ale spokojnie, nie tym razem. Jonn Serrie dobrze wie, co jest jego atutem i potrafi to idealnie wykorzystać. Niewiele jest płyt, która z taką uwagą i precyzją traktują ten element brzmienia. Polecam z wyżej wymienionych powodów, a także dlatego, że jest to szalenie spójny album, który przepełniony jest całkiem imponującą ilością różnych ciekawych dźwięków. 

 


 

︎ Karolina Kobielusz

 

Huerco S. aka Pendant - Make Me Know You Sweet

 


 

Dźwięki dają mi szereg możliwości. Do tej pory nieustannie zabierają mnie w takie miejsca, o jakich nawet nie śniłam. To miejsca dla mnie niegdyś nieosiągalne, niezidentyfikowane, niezwykłe. Ich uduchowione oblicze uwiodło mnie i zabrzmi to absolutnie pretensjonalnie, ale przez te szanse, moja wrażliwość zyskała zupełnie nowy wymiar. Czymże właściwie jest to przemieszczanie się w przestrzeni bez jakichkolwiek ograniczeń i jak to działa? Dobrych  przykładów jest wiele, ale pierwsza myśl była tylko jedna: twórczość Huerco S. i jego nowy projekt - Pendant. Mistrz cyfrowych manipulacji dźwięku powrócił absolutnie niespodziewanie. Niespodziewana jest również treść albumu. Pojawiło się siedem dość długich, repetycyjnych sekwencji, które wraz ze swoją nieśpiesznością, stopniowo otwierają przed nami coraz bardziej intymne scenerie ludzkich dusz. Brian Leeds posługując się dźwiękiem wchłania się we współczesnego człowieka i mówi mu: „Ej, Ty! Zwolnij w końcu. Wytęż swój słuch. Uwolnij wszystkie sfery swojej wrażliwości i zatrać się w nich.”  Jestem głęboko przekonana, że w tym przypadku integralną częścią tego zatracenia okaże się dyslokacja w przestrzeni. Tak to działa, dlatego ostrzegam: to naprawdę uzależnia. 

 


︎ Filip Skirtun

 

Thomas Köner - Nunatak / Teimo /Permafrost

 


 

Idzie wiosna, a mnie ironicznie wzięło dzisiaj na 'trójpak' Nunatak / Teimo / Permafrost - Thomasa Könera. Cóż, chyba jednak lubię marznąć. 

 

Swoista 'trylogia' albumów, wszak można chyba mówić o takowej, zważywszy, że wydano je kiedyś razem, jako boxset - to wszystko przykłady dojrzałego ambientu lat 90, w podobnej estetyce... a nie, zaraz, to jest zupełnie autorska estetyka Könera. Brzmi jak przesada? W żadnym razie, wszak tak radykalnie minimalistycznej muzyki po prostu się nie nagrywa; może nie tyle 'absolutnie radykalnej', co po prostu radykalnie minimalistycznej. Stąd mały problem: chciałem zestawić twórczość Könera z,  rówieśniczym przecież, projektem Biosphere, ale, zaraz - tam są sample, rozmaitej maści pady, rytmika, a tutaj... tutaj jest po prostu chłód. Przenikliwy chłód, w zasadzie wystający już poza granicy muzyki jako-takiej, jednocześnie bez kaleczenia słuchacza, no, może miejscami. Dwa zupełnie różne podejścia do arktycznego chłodu. Tymczasem, teraz może krótki przerywnik, żeby napisać coś ogólniejszego o samym artyście. 

 

Myślę, że niektórym z was znany jest projekt Porter Ricks: tym większym szokiem będzie to, że przecież Köner właśnie tam grał, razem z Andym Mellwigiem. Tam - badał pomysły i granice eksploatacji choćby automatów perkusyjnych.  W roku 1997 - współpracownik (zarówno jako on sam, jak i jako Porter Ricks) projektu Experimental Audio Research - dziwna fuzja osobistości, wszak obok Andy'iego Mellwiga i Könera mamy tutaj... Sonic Booma (pseudonim Pete'a Kembera, m.in. Spacemen 3), Kevina Shieldsa, a także Eddiego Prévosta - którego być może znacie ze słynnego AMM. Rzucając okiem na Discogs, widze, że przynajmniej jeszcze kilka jego rzeczy warto by było poznać, jednak dzisiaj… Nunatak, Teimo i Permafrost! Są to tak naprawdę trzy debiutanckie płyty Könera solo. Na inne (w tym, być może, na EAR, lub na Porter Ricksa) przyjdzie jeszcze pora. Trzypłytowa reedycja Nunataka / Teimo i Permafrost z roku 2010 ograbiła utwory z tytułów: czy jest to zamierzony zabieg, czy nie: pewnie tak, zresztą, czy to ważne? Można to traktować jako swoisty manifset przeciwko nazywaniu zjawisk dźwiękowych, ot, tak, żeby słuchacz miał większą swobodę interpretacji. Pisząc już o samej muzyce: specyficzne są narzędzia pracy Niemca - o "Nunataku" pisze się, że jest to jedynie obrabiany elektronicznie tembr gongu, na "Teimo" rzekomo pojawiają się gongi nagrywane pod wodą.  Iście nieludzkie podejście do grania ambientu, ale za to jakie skuteczne! Jestem wielce ciekawy, jak dźwięki otwierające "Nunatak" powstały przy takim modelu pracy: przecież to wręcz niewiarygodne!  Ogromne, buczące drony, dzwoniące pogłosy, a także ta okrutna i pusta przestrzeń, której zawsze w muzyce zbyt mało - tutaj tego wszystkiego jest w nadmiarze, tym lepiej, zresztą.  Nie wyciągajcie jednak pochopnych wniosków: nie znaczy to absolutnie, że utwory są statyczne, lub stawiają na zalepianie dronami braków pomysłów: rzekłbym nawet, że podejście Thomasa staje okrakiem względem wielu projektów "eksperymentalnych", nie stawiając na zalanie nas utworami po czterdzieści - pięćdziesiąt minut, zamiast tego zostaje nam zaserwowane jedenaście krótszych migawek, miejscami jedynie wykraczających poza sześć minut. W ogóle, na całej trylogii symboliczna bariera dziesięciu minut zostaje przekroczona jedynie dwa razy - raz na Teimo, dwa na Permafrost. Co do Permafrost, w zasadzie jest to najbardziej wyciszony z trojga albumów, w zasadzie bardziej szmerany i pejzażowy. Oprócz tego, zauważymy ciekawą sprawę: w zasadzie tylko jedna z kompozycji - kompozycja numer cztery (Permafrost,  choć na boxie z 2010 roku tytułów... brak!) - w analizie spektralnej pokazuje jakieś 'większe' udziały częstotliwości powyżej 8kHz. Głęboką fascynację może budzić fakt, że w tak małym zakresie spektralnym można zbudować tak wciągające dźwiękowe obrazy.

 

Nie próbując interpretować, mam wrażenie, że chyba sam Thomas najlepiej wie o co mu chodziło (poprzez tytuły), więc stwierdźmy, że tworzy tutaj rozmaite odmiany fragmenty lodu. Wielkie, obszerne, zmarzliny, góry lodowe, które angażują. Mniejsze kry, które jak gdyby miały się rozpaść przy najmniejszym dotknięciu. Okrutna, gargantuiczna przestrzeń do słuchania, lub do odlatywania w dowolnym, wybranym przez słuchacza, kierunku. 

 

Jeżeli boicie się, że odlecicie gdzieś, gdzie boicie się pofrunąć, to mam dla was radę: kupcie sobie porządną linię i przywiążcie się, nie wiem, do framugi, czy coś. Naprawdę warto! Znaczy, posłuchać, nie przywiązywać się, chociaż z drugiej strony...

 



 

Filip Preis 

 Tim Hecker - Radio Amor

 



Przestrzeń komfortu, strefa ukojenia, poczucie odzwierciedlenia czegoś niezwykle osobistego – tym właśnie jest dla mnie „Radio Amor”. Odkryłem tę przestrzeń stosunkowo niedawno, jednak prawdopodobnie przeznaczenie by wrota tego albumu otworzyły się właśnie w takim, a nie innym momencie – każdy dźwięk, każdy element jest dla mnie tak bardzo prawdziwy, nasączony przeogromną emocjonalnością i wrażliwością, dotykający najgłębsze zakamarki mojej osoby. Ten ponad pięćdziesięciominutowy zbiór sonicznych kruchości mieni się niezwykle doskonałą, ambientową oprawą, gdzie różnorakie szumy i ogromne w swej mocy sekwencje drone’owe spotykają się z przepełnioną ekspresją partią klawiszową. Jednak to, co spina cały album ze sobą to jakaś wyjątkowa delikatność i czułość na operowanie dźwiękiem. Hecker swą muzyką wielokrotnie udowodnił mi to, że jest twórcą wyjątkowym, jednak kreacja na „Radio Amor” uderzyła mnie ze zwielokrotnioną mocą. Między muzycznym zachwytem i emocjonalną lawiną dryfuję wciąż zastanawiając się, co jeszcze na mnie czeka w przestrzeni tych dźwiękowych wieloznaczności.