Interpretacje – WSCHÓD

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym nowym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz WSCHÓD. Zapraszamy do lektury!

 

 


  Karolina Kobielusz


Porusza mnie wschodni ascetyzm, a jednocześnie tamtejsze bogactwo metafor, odwaga w eksperymentowaniu, niepokój i uroda. Na myśl wschodu pierwotnie przychodzi mi Kobieta z Wydm autorstwa Kōbō Abe, jako przejmująca opowieść o mechanizmie ludzkiego umysłu i egzystencji. Dodatkowo wspomnę o filmowej adaptacji, która czaruje kadrami i duszną, narkotyczną wręcz  atmosferą. Tytuł ten nieprzypadkowo przyjęło także trio - Iwona i Błażej Król oraz Mateusz Rychlicki. Swoją muzyczną inkarnacją nie tylko wydają się zamykać w klaustrofobicznej, dźwiękowej przestrzeni, ale i afirmować ascezę, dusić w sobie niepokój. Ten polski akcent uważam za środek do osiągania tajemniczych, egzotycznych doznań; za integralną część moich skojarzeń z mentalnością wschodnią. 

 

Po pięciolinii nieustannie wędrują syntetyczne dźwięki, które już od początku albumu „Bental” dość oszczędnie przeplatają się z szumami powtarzającymi się tak, jak powtarza się świętą mantrę. Gdzieniegdzie, mogłoby się wydawać, rozpościera się nad nimi burza piaskowa, tak różnorodna pod względem palety niezidentyfikowanych łoskotów. Zsynchronizowane linie melodyczne ulegające po jakimś czasie pewnego rodzaju erozji, wprowadzają element nerwowości, nie tracąc jednocześnie na harmonii i ładzie. 

 

Niebywale urzekające są tutaj metaforyczne słowa, które raz poskładane są w wyszczekaną, skażoną piętnem romantyzmu - melodeklamację, raz w nęcący swym szepczącym i niezwykle subtelnym wydźwiękiem -  barwny monolog. Warstwa liryczna jednocześnie wydaje się nader poważna i niezmiernie prosta w swojej poetyckości, co daje możliwość przechodzenia w różne stany i stworzenia wielu interpretacji. Istotna wartość zawarta jest właśnie w tekstach, których sens zakamuflowany jest w radykalnie odbijającym się od uszu echu. W tekstach nieco abstrakcyjnych, ale czyż kultura wschodu nie jest sumą abstrakcji?

 

Enigmatyczna Kobieta z wydm osnuta mroczną nutą, paradoksalnie przeszyta promieniami padającego światła, przedstawia nam za pomocą metafory, rozdarcie człowieka pomiędzy wieloma dylematami moralnymi. Można by sobie wyobrazić jak kobieta ta swobodnie żongluje nastrojami zarówno swoimi, jak i swych słuchaczy, których uszy wytężone są pod wpływem jej dźwiękowych wizji. Choć twórcy projektu oddaleni są od Wschodu o kilkanaście tysięcy kilometrów,  to zasadniczo uważam, że intencjami, kunsztem i poszukiwanymi doznaniami są mu niezwykle bliscy. 


□ Marta Konieczna


 

Wybiorę znaczenie Wschodu jako kierunku świata. Jak zinterpretuję go w kontekście muzyki? To niezbyt łatwe zadanie. Obierając w podróży kierunek wschodni możemy wszak wylądować wszędzie, nawet i w Niemczech, choć zajęłoby to trochę więcej czasu. Odrzucając jednak tę drobiazgowość i pozostając w naszej polskocentrycznej orientacji - Wschód to wciąż ogromny obszar. Bliski, Daleki, Południowy i nawet ten Polski. Mnogość kultur muzycznych oraz ogromna liczba wykonawców, i pochodzących i tylko nawiązujących. W tym świecie szerokim tylko jedno mi pozostaje: subiektywność.

Posiłkując się nią wybieram moje tegoroczne ulubione, wschodniujące wydawnictwo. Autorami Oj borom, borom są wokalistka Maniucha Bikont i kontrabasista Ksawery Wójciński. Album jest wyjątkowym zbiorem pieśni ludowych z rejonu Polesia, dokładniej wsi Kurczyca pod Nowogradem Wołyńskim. Są to śpiewne opowieści o miłości, wiośnie, ale też utwory błagalne czy kołysanki. Maniucha od lat podróżuje po poleskim regionie na terenie Ukrainy i Białorusi, odwiedza mieszkańców, pobiera od nich nauki, gromadzi melodie i teksty. Następnie własne doświadczenia i wzruszenia prezentuje słuchaczom. Nie dana nam jednak zostaje antologia czy podręcznik. Bardziej już mapa czy przewodnik, dość mistyczny jednak, bez oznakowanych szlaków, przenoszący jednak w krajobrazy doprawdy przepiękne.

 

Wokalistka wykonuje utwory głównie w nurcie in crudo, czyli bez aranżacji. Na Oj borom, borom wtóruje jej jednak kontrabas. I to w szalenie ciekawy sposób. Ksawery czasem dopełnia harmonię wyśpiewywanej melodii, czasem improwizuje, niekiedy bardziej ludowo lub bardziej jazzowo. Ten ostatni aspekt sami artyści tłumaczą tak: muzyka wiejska i improwizowana to bliskie sobie języki, czy wręcz lokalne odmiany jednego języka. Instrument podejmuje dalej, głosem niskim i jakby należącym do jednej ze znanych z ludowych guseł fantastycznych postaci, baśń o Wschodzie.


□ Filip Skirtun


 

Wschód? Oczywista sprawa! Polecę sztampą i skojarzę ze wschodem Słońca, a jeśli tak, to oczywiście „Lanquidity”! Popatrzcie, nawet w nazwie artysty jest „Sun”, to pewnie był jakiś pogodny koleś, na pewno wcale nie dziwny.

Żarty żartami, ale chyba nigdzie Sun Ra nie był aż tak przystępny. Zupełnie kosmiczne, wręcz trip-hopowe (a mamy rok dopiero 1978… kurde, to już naprawdę jest pionierstwo) brzmienie, ociężałe, niczym poranne powieki, jednak zarazem płynne niczym jajeczka w momencie przelewania się na patelnię, nim jeszcze się zetną w jajeczniczce. Cóż jednak wrzucamy? Żółteczko stanowi bardzo osobista interpretacja pomysłów funk-fusion (tak szczerze mówiąc, to 1978 rok to troszkę późno na te motywy, jednak… a zresztą, o tym zaraz) przez band naszego mistycznego czarnucha. Jest to jednak funk-fusion zesłane z Saturna – toteż spóźnienie jest łatwo wyjaśnialne, wszak tyle lat zajęła podróż kosmiczna na Ziemię! 

 

Zaprawdę powiadam wam, czuć ten kosmiczny rodowód. Oczywiście, mamy nagrania Herbiego Hancocka z Mwandishi, mamy płyty Davisa z fantastycznego okresu 69-78, ale to jest zupełnie inna para kaloszy. Wszystko jest… wygięte. Tak, lubię to określać w ten sposób, w ogóle uwielbiam nagrania, które mają taki specyficzny vibe „wygięcia”. Coś jak gdyby strongman gniotący belki, bogaty skład zespołu Saturnianina bierze w swe dłonie i miażdży standardowe zagrywki fusion, dodając do nich bogatą kolorystykę. 

 

Samo słoneczko, samo ciepło, znaczy, o ile można od dziwaków oczekiwać ciepła. W sumie… to chyba jednak można. Klawisze (czy to Rhodes, fortepian, czy też blip-blopujące syntezatory) opatulają raz to przyjemnie, raz to psychodelicznie… Rytmika kopie w dupę przeokrutnie – naprawdę, to wcześniejsze wspominanie trip-hopu było nieprzypadkowe. Po prostu taka jest dusza tej płyty: groove, spejs, nazywajcie to jak chcecie, jest to zupełnie nieopisywalne (i to bynamniej nie tylko dlatego, że brak mi słów, chociaż tak jest) odczucie. Łatwiej to rozpoznać – w końcu mózg jest naprawdę genialnym przyrządem do analizy podobieństw – aniżeli opisać, wyjaśnić, nie rozumiem, ale zauważam. Szkoda, że nie rozumiem, bo chciałbym wyjaśnić, opisać, podekscytować się tym wyjaśnieniem, wreszcie – widzieć, że ktoś coś z tego wynosi, a tu klops.

Poprzez niespieszne brzmienia otwierającego „Lanquidity”, przez zupełnie niestrapioną i dumnie prącą przed siebie, acz wspieraną przez samego Ra i wyśmienite kongi, wręcz nowoorleańską, jak gdyby głoszącą nowy porządek – a także Słowo Pana (Pana Ra!) – sekcję dętą z „Where Pathways Meet”. Zaraz wrócimy do naszego, co prawda krótkiego, bo liczącego jedynie pięć pozycji, zestawienia utworów, bo ważne to dygresja. „Where Pathways Meet” w samej nazwie już obrazuje rzecz fenomenalną i godną podniesienia do rangi boskiej – zgranie tutaj to rzeczywiście spotkanie dróg, bagatela – ponad dwunastu dróg! Jak można wykształcić takie zgranie? Kurw- kurdeczka, nie mam zielonego pojęcia. Hm, miałem nie przeklinać, ale tutaj naprawdę żadne słowo nie wyrazi tego, o co mi chodzi, toteż nawet wstawianie bluzgu nic nie da. No nic, wracając – „That’s How I Feel” to brzmi niczym elegia – elegia do czego? Pojęcia nie mam! Tymczasem diabelsko hipnotyzująca linia basowa zbiera wszystkie nagrody, wygrywa Oskary i zbiera palmy w Cannes – znaczy, tak by było w idealnym świecie.  Tymczasem „Lanquidity” doczekało się jedynie dwóch wznowień – tak, pewnie jesteście teraz zdziwieni podobnie jak ja. Dalej! „Twin Stars of Thence” czaruje magicznym solo na klawiszach, zgrywając się jednak nagle z trąbką z harmonem. Nagle buch! Dostajemy po oczach odlotem na saksie, po chwili odzywa się też jeden z gitarzystów. Muzyczna rozmowa najwyższych lotów!

 

Tajemnicze, spowite mroczną aurą „There Are Other Worlds (They Have Not Told You Of)” mówi samą prawdę: pamiętajcie, zawsze są jakieś inne światy, o których nikt wam nigdy nie powiedział.


□ Patryk Wojciechowski 


 

Oczywiście, tym wyborem nie odkrywam Ameryki, zdaję sobie z tego sprawę, aczkolwiek jest to dzieło, które po prostu musi być regularnie rekomendowane. Dlaczego? Ponieważ jest zbyt dobre by pozwolić sobie na jego przeoczenie. Gdzie byliby dzisiejsi twórcy tworzący ambient gdyby nie Steve Reich. Czy Basinski stworzyłby swoje Disintegration Loops gdyby Music for 18 Musicians nie ujrzało światła dziennego? Nie chcę tu robić dochodzenia, nie na tym mi zależy. To dzieło nie potrzebuje szczególnej reklamy, wszystko zostało już o nim powiedziane lub napisane. W związku z tym skupię się na moich osobistych impresjach, które towarzyszą odsłuchowi. 

 

Widząc hasło wschód nie mogę uciec od połączenia go ze słońcem, z tego względu wschód będzie dla mnie wschodem słońca. Stąd mamy już całkiem niedaleko do dzieła Reicha. Gdybym jego opis miał zamknąć w jednym zdaniu, napisałbym, że to mozolne wdrapywanie się słońca po niebie. Brzmi jak wers z refrenu młodej wschodzącej gwiazdy polskiego popu, ale cóż, werbalizowanie impresji jest na to narażone. W Music for 18 Musicians kolejne frazy zostają wprowadzane niepostrzeżenie. Repetytywność sprawia, że skupiamy się na konkretnych dźwiękach nie zwracając aż tak szczególnej uwagi na inne. Po chwili zdajemy sobie jednak sprawę, że jesteśmy już w zupełnie innym miejscu utworu. Zupełnie jak ze wschodem słońca. Wystarczy chwila rozkojarzenia żeby przegapić fragment jego przeprawy. Dźwięki w Music for 18 Musicians są jednak momentami skrupulatnie dawkowane, nigdy jednak kompozycja ta nie traci swojego pulsu i nie zatrzymuje się. Tak jak promienie przy wschodzie słońca, które raz docierają do nas bez przeszkód, a raz muszą przebijać się przez kłęby chmur, nigdy jednak nie znikając w zupełności. Immersja to ostatnio popularny termin wykorzystywany przy okazji opisywania sztuki, nie omieszkam się zatem nim posłużyć i w tym wypadku bowiem dzieło Steve'a Reicha jest prawdopodobnie najbliższą muzyczną definicją tego określenia. 

 

W ubiegłbym roku miałem szczęście usłyszeć Music for 18 Musicians na żywo w Nowym Teatrze w Warszawie. Bardzo byłem ciekaw mojej konfrontacji z tym utworem w takiej formie. Słuchałem go do tego czasu w różnych okolicznościach i w różny sposób: raz wnikliwie na słuchawkach leżakując na trawie, innym razem w tle krzątając się po mieszkaniu lub głośno dzieląc jednak moją uwagę między innymi czynnościami. Zgodnie z oczekiwaniami, przyjęcie tego dzieła na żywo zafundowało mi wachlarz nieznanych mi dotąd wrażeń. Przede wszystkim, stuprocentowa uwaga zaprocentowała jeszcze większym wniknięciem w dźwięki, czego efektem była pewnego rodzaju hipnoza. Poza tym, zdumiewające było obserwowanie muzyków, których koncert ten kosztował niesmowitą ilość włożonego wysiłku. Słuchając nagrania bardzo łatwo zapomnieć o tym, że jest to utwór odgrywany przez ludzi bowiem precyzja z jaką mamy tu do czynienia przywodzi na myśl pracę komputera. Podsumowując, było to jedno z moich najciekawszych muzycznych doznań. W związku z tym, proponuję aby na pierwsze zetknięcie z dziełem Reicha uzbroić się w cierpliwość i poświęcić mu całkowitą uwagę, przy spełnieniu tych warunków i odpowiedniej głośności można oczekiwać intrygujących doznań – warto. 


Filip Preis


 

Wschód jest początkiem nowego dnia, momentem przejściowym pomiędzy dwoma światami, impresją zmieniającego się światła, kolorów, wrażeń – tym właśnie jest dla mnie „Will” Julianny Barwick. Gdzieś pomiędzy jawą, a snem majaczą atmosferyczne, ambientowe kompozycje, zawierające w sobie emocje z pogranicza nostalgii, melancholii, ale również w swym całokształcie są niezwykle czarujące. Otwierający album „St. Apolonia” urzeka przepięknym, zapętlonym wokalem Julianny, w połączeniu z delikatnym pianinem i skrzypcami daje wrażenie kończącej się, gwieździstej nocy, jeszcze wychłodzonej, pozbawionej wpływu delikatnych promieni słońca. Następujący po niej „Nebula” to swoisty początek wschodu – jeszcze wciąż w części zatrzymany w ciemnościach nocy, a w części powoli wkraczający w dzienną rzeczywistość, spotykając się wolnym krokiem ze słońcem. Apogeum wschodu osiągane jest w „Same” – cały utwór wypełniony jest złocistymi promieniami pod postacią niezwykle zachwycających, zapętlonych sekwencji melodycznych. Oczy już są otwarte, źrenice stają się szersze. „Wist” poprzez swą przestrzenność dźwięku udaje stan, gdy jeszcze nie do końca wchodzimy w rzeczywistość poranka, wciąż w jakimś stopniu połowicznie śnimy, powoli wybudzając się ze świata marzeń. „Heading Home” to już pełna świadomość, która pobudzana jest rześkim powietrzem, zapachem trawy skropionej poranną rosą. Niczym magdalenki z powieści Prousta, każda minuta albumu Julianny silnie oddziałuje - wywołuje wyraźne obrazy, stwarza wyjątkowe impresje, przenosi w świat wyobraźni – tak bardzo namacalny, prawdziwy, zachwycający.