Odpoczynek w Opocznie – rozmowa z Markiem Kądzielą

Wywiady
Opoczno to miasto położone we wschodniej części województwa łódzkiego. Odpoczno to czterech muzyków, którzy w niezwykły i nieoczywisty sposób połączyli jazz i muzykę ludową. O tym jak tego dokonali oraz jak grać jazzy na wsi porozmawiałam z Markiem Kądzielą – uznanym gitarzystą.  Złapałam go pomiędzy konsultacjami dla kandydatów na studia w Akademii Muzycznej w Łodzi, gdzie prowadzi swoją klasę gitary jazzowej.

 



 

Progrefonik: Mówi się, że i jazz i muzyka ludowa maja wspólny element – improwizację. Czy to ona jest spoiwem zespołu Odpoczno?

 

Marek Kądziela: Jazz faktycznie opiera się na improwizacji, na ogrywaniu tematów i to właśnie one mogłyby być tym elementem wspólnym. Natomiast w muzyce ludowej, tej z centralnej Polski szczególnie, to są raczej wariacje na podstawie tematu bazowego. Tradycyjnie, grało się taki temat przez 15-20 minut, a więc ulegał on z czasem delikatnej modyfikacji, i wtedy improwizacja nie była wcale najważniejsza. Najważniejszy w ogóle był taniec. Chcemy korzystać z naszego lokalnego języka muzycznego, wyciągać z oberków ich rytm, język, esencję i potem wpleść je do improwizacji. Odpoczno wyróżnia się tym, że nie interpretujemy, gramy tę muzykę taką, jaka ona jest. Dodajemy tylko na tę bazę ludową kolejne płaszczyzny dźwiękowe. Tam w środku jest tradycyjna muzyka.

 

P: Muzyka ludowa miała za zadanie łączyć rodziny, wspólnoty poprzez wspólne muzykowanie. Czy zdarza się Wam, jako zespołowi, czasem grać dla samej przyjemności takiego połączenia się?

 

MK: Przede wszystkim dla przyjemności! Zespół nie został założony z innego powodu jak tylko dla przyjemności muzykowania. Naprawdę, projekt nie miał żadnego planu marketingowego ani planu sprzedaży, w ogóle czegokolwiek. Myśmy spędzili trzy lata w zagrzybionej piwnicy i nie było nic przyjemnego w siedzeniu w niej (śmiech). Oprócz tej muzyki, w którą tak bardzo się zaangażowaliśmy.

 

P: Ale jednak pojawialiście się jeszcze przed wydaniem debiutu na rożnych koncertach, festiwalach. Czy mieliście już wtedy zamysł na konkretny album, czy pozostawaliście tylko w tej strefie przyjemności?

 

MK: Gdy jest się zawodowym muzykiem, tak jak my, to zazwyczaj konsekwencją pracy jest wydanie płyty. Natomiast składanie repertuaru, eksperyment na bazie tej muzyki ludowej był tak długi i nieoczywisty, że po prostu trochę to trwało zanim odnaleźliśmy się w tym wszystkim. Zanim to uzyskało jakąś formę, zanim myśmy się obudzili, gdy to już formę jakąś miało. Bardzo skomplikowany, muzyczno-psychologiczny ciąg zależności. Ale często wrzucaliśmy na facebook’a jakąś zajawkę z próby i ktoś będący znajomym znajomego to zobaczył. I w ten sposób na przykład zaproszono nas na OFF Festival. 

 

P: Gracie na bardzo różnych festiwalach, zarówno tych poświęconych muzyce folkowej jak i zupełnie jazzowych. Ciekawi mnie czy na którychś z nich czujecie się lepiej? 

 

MK: Na festiwalach z typową z muzyką tradycyjną jest taki wymóg, że gra się do tańca. Ludzi nie przyszli słuchać, tylko tańczyć, więc tak robimy. Na imprezach jazzowych możemy wyeksponować coś innego, na przykład improwizację.

 

P: A jako muzyk, widzi Pan wtedy zmiany w sposobie swojej ekspresji na scenie?

 

MK: Tak, grając na jazzowych festiwalach pozwalam sobie na wędrówki sonorystyczne. Na ludowych mi nie wypada. (śmiech)

 

P: Połowa Waszego zespołu czyli Joanna Gancarczyk I Marcin Lorenc zajmują się nurtem in crudo, badają muzykę ludową, na co dzień. Czy właśnie praca nad Waszym materiałem wygląda tak, że oni przynoszą coś na spotkanie i potem nad tym pracujecie? 

 

MK: Nie, Asia i Marcin mają już inny swój zespół, który nazywa się Kożuch. Tam grają muzykę ludową tak jak ona jest grana, zupełnie tradycyjnie. Ja natomiast jestem z Opoczna, gdzie jeździłem uczyć się repertuaru od tamtejszych muzykantów wiejskich. Odwiedzałem Juliana Jarząba czy Stanisława Wolskiego. Zazwyczaj byłem sam, ale przyjeżdżaliśmy też całym zespołem aby nauczyć się grania tej muzyki. 

P: Czy taka nauka u prawdziwych muzyków wiejskich dużo różni się od zajęć, które sam Pan prowadzi ze studentami jazzu?

 

MK: Tak, jest duża mentalna różnica. Na wsi  grało się do tańca, wiedza o tym jak grać była zastrzeżona tylko dla tych, którzy byli w stanie się nauczyć. Młody chłopak nie mógł sobie wziąć lekcji u muzykanta, bo to była wiedza tajemna. Taki muzykant nie dzielił się nią, było to zabronione. Jak złapano chłopaka, który podsłuchiwał czy podpatrywał przez okno grę kapeli na weselu próbując łapać te tematy, to dostawał kopa, po prostu. Tutaj jestem zobligowany do tego, żeby komuś przekazać wiedzę na konsultacjach. Tam jakby mnie na tym przyłapano, to spuściliby mi łomot, po prostu. Jeżeli więc ktoś na wsi był w stanie nauczyć się grać w taki sposób, przy takich przeciwnościach, to jakim musiał być potem sprawnym muzykiem, prawda? Grali tylko najlepsi z najlepszych.

 

P: W wielu Waszych wypowiedziach przewija się to, że muzyka z okolic Opoczna jest bardzo skoczna, taneczna. A jednak są też smutne piosenki na Waszym albumie, np. ,,Piejo koguci’’.

 

MK: To akurat pieśń sieroca śpiewana w momencie, gdy panna młoda wychodziła za mąż, ale jej rodzice już nie żyli. Muzyka ludowa towarzyszyła życiu ludzi. Tłumaczyła społeczności pewne rzeczy, bo czasem trudno przecież coś powiedzieć, a muzyka może właśnie w taki wyjątkowy sposób przekazać czy smutek, czy nostalgię. (chwila milczenia) Albo, mamy też piosenkę o dziewczynie, która jest nieładna, ale bogata! I mówi, że weźmie sobie ładnego za mąż, to się będą dopełniać… niesamowite rzeczy. Smutno i wesoło, kiedyś to naturalnie się przeplatało.

 

P: Jeśli chodzi o teksty to wędrujecie w nich na północ pod Mogielnicę (miasteczko około 60 km na Północny Wschód od Opoczna). Czy w przyszłości planujecie wyjść również muzycznie poza rejon Opoczna?

 

MK: Na pewno. Rejon sięga tak, jak Mogielnica. Oznacza to, że utwory powtarzały się w promieniu 60 km. To stanowiło taki obszar, który muzykant mógł przejechać na rowerze, furmanką, gdzie mógł dojść pieszo. Repertuar był w tym obszarze podobny,  natomiast za rzeką, za lasem już grali go inaczej. Czasem w dwóch wsiach z tym samym repertuarem już grano go różnie, właśnie dzięki improwizacji, czy raczej interpretacji muzyków. Nie było prądu, muzyka była przekazywana z instrumentu na instrument i tak ewoluowała. Na przykład pod Opocznem leżą Drzewica i Przysucha. Dzieli je zaledwie kilkanaście kilometrów, ale też las. Przecież co to jest las? A tam zupełnie inaczej się gra. Jedni z drugimi nie rozmawiają, nie zapraszają się na grania, zwalczają się nawet. Tam jest prawo naturalne (śmiech).

 

P: A z takim jazzem, którym zajmuje się Pan na co dzień w różnych projektach, można by było we wspomnianych miejscowościach wystąpić?

 

MK: Tak, my gramy wszędzie z jazzem. W dodatku, nie wykonuję konwencjonalnych nurtów jazzowych, ale raczej takie poszukujące. Jeżeli się coś dobrze gra, wykonuje się to rzetelnie, są tam emocje i zaangażowanie, to ludzie są w stanie wszędzie to odebrać. Jeżeli próbujemy bawić się w muzyczną hochsztaplerkę, czy grać pod publiczkę (czego ja nie potrafię), to wtedy już nie.

 

P: A w Odpocznie chodzi  przecież przede wszystkim o szczerość przekazu...

 

MK: Tak, Odpoczno to ludzie, którzy uprawiają sztukę dla sztuki. Nie dla jakichś pieniędzy, czy czegoś, bo to jest tak niszowe, że trzeba to kochać, żeby to grać. Inaczej się nie da.
Rozmawia:

Marta Konieczna