„Możemy wziąć pana wątrobę?” – jazzowe organy (dosyć) współcześnie.

Artykuły
 Słuchanie dodatkowe: tak, na początku, bo może chociaż to stąd wyniesiecie. Jak nie macie czasu, to złapcie te kilka nagrań, a potem wróćcie poczytać jeszcze raz – zwykle jeżeli nie żre „Bitches Brew”, to niestety dzisiejszy temat też nie wejdzie. Dobra, ale do rzeczy!

 

  • Tony Williams Lifetime – „Emergency!” – jak ktoś z was lubi Mahavishnu Orchestra, to musi znać TWL, wszak jest to trio McLaughlin/Williams/Young!
  • Miles Davis – „In A Silent Way” – koronny przykład na to, że Joe Zawinul kiedyś mógł, a potem się chyba zestarzał i zepsuł. Jedna z najpiękniejszych pejzażowych płyt.
  • Miles Davis – „Bitchew Brew” – zawiera wiele fantastycznych zejść z Larrym Youngiem! Zresztą – kto tego nie zna, ten ciapa jazzowa.
  • Miles Davis – „Get Up With It” - co prawda nie wiem, jak można tego nie znać w 2018 roku… na fantastycznej Maiyshy (na koncertówkach także) Davis grał na jakichś organach, pewnie było to B3. Styl gry Milesa na klawiszach był bardzo specyficzny i intersujący, warto odnotować. Ta płyta to w zasadzie ojciec nu-jazzu i podobnych gatunków, więc należy ją znać zupełnie obowiązkowo.
  • Zainteresowani tematem mogą także ugryźć „Root Down” Jimmy’iego Smitha. Z dzienniakarskiego obowiązku wspominam o Stevie Winwoodzie – członek Traffic, a także koleś, który grał na słynnym (na długiej wersji) „Voodoo Chile” Hendrixa - kilka z najmocniejszych Hammondowych fragmentów życia. 

Przyznaję, że pierwszy wyrzut powietrza z płuc, tym razem na szczęście bez wyrzutu treści wodnośluzowej [tzw. śmiech] (czytaj: parsknąłem prosto w monitor, ale niech to brzmi oficjalnie chociaż raz), miał miejsce, gdy głowiłem się nad tematem tego artykuliku. Oczywiście skojarzył mi się fantastyczny skecz „Przeszczepy organów od żywych dawców” Monty Pythonów. 
Ale dobra, koniec tego dziamdzolenia nie na temat. Co mamy w dzisiejszej karcie dań? Mielonkę, mielo---- wybaczcie, to jest silniejsze ode mnie. Co jednak o wiele bardziej zabawne – nawet potomkowie wikingów będą mieli swoje pięć-dziesięć-piętnaście-sześćset-nie-wiem-ile-minut. Dzisiaj żadne to wyschłe ciastka, po całym dniu leżenia w piekarni, raczej świeżutkie drożdżóweczki. Na dodatek będę totalnie niechronlogiczny – zupełna katastrofa! „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”

 

Wartym odnotowania jest, że organy Hammonda miały pierwotnie być tanią atrapą organów rurowych dla biedniejszych kościołów. Na całe szczęście się tak nie stało. Koszmar roadies – były bardzo ciężkie i bardzo awaryjne. Pamiętajmy o ich kluczowej roli u takich dinozaurów, jak choćby Deep Purple! Można stwierdzić, że jest to jeden z instrumentów, który ukształtował proga w takiej formie, w jakiej go znamy obecnie (i lubimy bądź nie). Jak jednak korzystali z niego jazzmani?


- Nie mogę jej wam teraz dać, tu jest napisane ‘w przypadku śmierci!’

Decoy & Joe McPhee – „Oto” (2010)

 

W istocie, Joe McPhee, a już w ogóle jako członek kwartetu – przyznacie pewnie, że jest to wyjątkowo fantazyjna i kryptyczna nazwa, hah! – brzmi miejscami, jak gdyby bał się, że ktoś ukradnie mu organy – co prawda płuca, a nie wątrobę i sprzeciwiał się na głos, no ale… Diablo nietypowy skład, bo na scenie mieliśmy wtedy (tak, jest to materiał na żywo, nagrywany – hah, znowu to zupełnie niespodziewane! – w Cafe OTO, UK) organy – tym razem klasycznie Hammondzie B3 (nie wiem tylko, czy analogowy, czy to jedynie jakaś cyfrowa symulacja, a na ucho ni umim powiedzieć), kontrabas, perkusję i Joego McPhee, zarówno na tenorze, jak i na sopranie. Dobra, ale jak to żre? Zaraz, zaraz, moment, moment. Spokojnie.

 

Przyznaję… że moje pierwsze starcia z tą płytą były mocno niemrawe. Miks wydawał się zbyt nieklarowny, nie byłem nawet w stanie zbytnio rozpracować partii Alexandra Hakwinsa – organisty, ogółem jakoś nie żarło. I nagle zażarło. Skąd problemy, w takim razie? Myślę, że to kwestia mocno dywersyjnego podejścia do B3. Jeśli ktoś z was ma uczulenie na Emerson, Lake & Palmer tudzież heavy-rockowe Hammondy, a zarazem preferuje o wiele luźniejsze formy, to tutaj poczuje się jak w domu. Klawisze są tutaj wykorzystywane we wszystkie te sposoby, których Laurens Hammond pewnie nie przewidywał i które (na sprzęcie, który pierwotnie miał być tanim zastępstwem dla organów kościelnych) powinny skazywać użytkownika na wieczne potępienie. Co tu więcej pisać – cytując Dżimiego Hendriksa należy spytać „Have you ever been experienced?” Cóż, ja zostałem doświadczony i przynoszę wam relację!

 

Pocięte partie, wiszące niczym smog nad chińskimi miastami, w dalszej części otwierającego „Opening Might” sklejają się w jedną wielką ścianę wraz z (kompletnie odjechanymi w kosmos) partiami McPheego. Całe te wręcz ściany powietrza wypluwane z dęciaka pozwalają się zastanawiać na ile Joe jest jeszcze człowiekiem. Tutaj mamy raczej do czynienia z wydajnością kompresora do powietrza, a nie człowikea! Kompozycja w trakcie przyjmuje rozmaite barwy – znajduje się nawet zafarb dziwacznej improwizacji organowo – talerzowej (cymbałowej, hehe), uderza w najznakomitsze i najciekawsze partie na organ trio + saksofon, jakie można sobie wyobrazić. Tutaj nic nie jest oczywiste. Powiem tak: nie sprawdzicie, to jesteście ciapy. W przypadku śmierci zakopcie mnie koniecznie z tym albumem puszczonym na repeacie, aż zdechnie akumulator w jakimś MP3, za 20 złotych, z Allegro. Kompletny szok!


- Jeszcze nikt z naszych dawców nie przeżył. Proszę się położyć, to potrwa chwilę.

Larry Young – „Lawrence of Newark” (1973)

 

 

Larry Young, James Blood Ulmer, Pharoah Sanders – jeśli te trzy nazwiska mówią same za siebie, to w zasadzie możecie minąć ten tekst i w tym czasie słuchać. A kto nie zna, ten się zainteresuje, bo warto. Co należy powiedzieć na ich temat? Ulmer założył „Music Revelation Ensemble”, a także grał z Ornette Colemanem. Larry Young – jeden z członków składu z legendarnego „Bitches Brew” Davisa, także też nie byle kto – w sumie to samo „Bitches Brew” też by się tu genialnie nadawało. Pharoah Sanders – cóż, jeden ze spiritual-jazzowych (przyznam, że nie są to moje rejony) saksofonistów, współpracownik nikogo innego niż John Coltrane (a potem także Alice Coltrane, już po śmierci Johna), srogi i maniak saksu. Od takiego dęcia w instrument to aż się równoleżniki przesuwają na mapie. 

 

Koniec tego pierniczenia głupot, „Słonko, odleć!”. Otwieracz to gęsty, bogaty w perkusjonalnia, spirytualne zagrywki i grupowe zagrywki utwór na prawie dziewięć minut. Trochę skronku, trochę dziwnych, niczym wodnych, organów – ogółem spore bogactwo brzmieniowe, same organy to oczywiście ekstraklasa brzmieniowa.

 

Nie zwiedzaliście nigdy kosmosu, jeśli obce jest wam kreszendo w środku „Khalid of Space, Part 2”. Monstrualnie nafuzzowane organy – epoka niby nie ta, ale właśnie… Po prostu musiałem się odwołać do Larry’ego, bo jest to niekwestionowana legenda i ojciec podejścia do organów rodem z Decoyu, a także naszego następnego opisywanego składu. 

 

Czy to jeszcze jazz-funk, czy to już funk-jazz, a może to najprawdziwszy, jeden z najgęstszych spejs rock, zasmarowany całymi kilogramami kosmobrudu i mikrofalami? Gdyby porządnie zremasterować ten materiał, tak, żeby nie czuć było produkcji (mowa o samym nagraniu – przestrzeni, rozmieszczeniu instrumentów – w skrócie o aspektach technicznych) rodem z lat ’70, to nie wiem, czy wiele osób byłoby w stanie ocenić moment nagrania tegoż destruktora, łamacza kości i pogromcy niewiernych. Khalid z kosmosu nie bierze jeńców. Jakby tego było mało, mamy tu jeszcze bongosów na pęczki, ogółem – jest tu naprawdę dużo perkusji maści rozmaitej. Transuch, transuch na maksa! I… wiolonczela? Zaiste, całość jest przedziwna. I jeszcze ten Ulmer. A, właśnie, zapomniałbym o fruwającym tu i ówdzie Sandersie i dostajemy… No właśnie, co to jest? Nie odpowiem wam, znaczy, mógłbym, ale zawsze chciałem zamknąć akapit zgrabną klamrą. Eheh!

 

Co mamy dalej? Wyluzowaną „Saudię”, brzmiącą trochę w klimatach „Emergency!” Tony’ego Williamsa (które swoją drogą jest grupą jak najbardziej proto-fusion, i to znakomitą!). Co prawda nie ma tu już potem podrygów kosmoklasy „Khalida”, ale nadal jest jak najbardziej czego słuchać. „Alive”? Wahujące szaleństwo z morderczym (dobra, reszta płyty ma tak samo) baslajnem. Co nam zostało? „Hello Your Quietness (Islands)”, bazujące na groovie i wymianach między członkami zespołu. Fajne, pejzażowe granie.

 

„Lawrence z Newark” musiał trafić od takiego zestawienia, pytanie brzmi – dlaczego? Otóż – jest to album relatywnie nieznany, a ma momenty, które zahaczają o najbardziej przefuzzowane partie, jakie tylko widział Hammond. Do tego jest to płyta o dziwacznym klimacie i transowej naturze – czego chcieć więcej?


- To odda nam pani wątrobę?

Elephant9 – „Dodovoodoo” (2008)

 

 

Po „Lawrencie” wracamy do miniskładu (wszak u Larry’ego grało tych osób więcej) – klasycznie, trio – bas, organy, perkusja. Członkowie Shining, Supersilent i projektu Møster! – konkretniej, odpowiednio: Torstein Lofthus, Ståle Storløkken i Nikolai Hængsle Eilertsen – założyli ten miniprojekt w 2006 roku. Chociaż w sumie nie wiem czy określenie „miniprojekt” jest tu na miejscu – całość nadal całkiem nieźle przędzie, „Dodovoodoo” (stylizowane jako dodovoodoo) to debiut, na koncie panowie mają jednak cztery kolejne krążki studyjne (z czego jeden chyba ukaże się w tym roku) i sporo fajnych nagrań video (dla słynnego Mezzo!) z festiwali jazzowych, także jest co zwiedzać. Mam nadzieję, że panowie kiedyś odwiedzą Polskę, a wtedy będę musiał tam być!

 

Brzmieniowo… co my tu mamy? Sporo szalonych organów, w estetyce jazz fusion, ale tego mniej, uhm, plastikowego, z braku lepszego określenia. Troszkę tu oszukuję bo akurat Storløkkenowi zdarza się sięgać także po e-piano, miejscami dublując partie jednocześnie na organach i na elektronicznym pianinie. Dla mnie to nawet lepiej, lecz należy to zauważyć – tak, uwielbiam przesterowane e-piano. Mamy tu zarówno wręcz mathowe kompozycje – tytułowe „Dodovoodoo” to po prostu już bieg na złamanie karku i destrukcja. „I Cover the Mountain Top” powoli kipi, acz garnek zawsze jest na tyle odkryty, żeby spuścić nadmierne ciśnienie, przynajmniej do czasu. Jest to kolejna okazja na stare, dobre, pytanie – jak jedynie troje ludzi może narobić tyle hałasu?!

 

Oczywistymi skojarzeniami będą tu brzmienia rodem ze sceny Canterbury czy – po raz kolejny! – „Bitches Brew”. Co ciekawe – pada tu także trochę retro-stylizowanych syntezatorów, które naprawdę świetnie dopełniają przestrzeń. Nie zapomninajmy o gęstym, soczystym i precyzyjnym basie Eilertsena. Lofthus też nie próżnuje i serwuje nam ekstraklasę jazzującego smagania talerzy i bębnów. Na „Skink” mamy takie fille, że aż mi laczki spadają. Ogółem – czuć, że panowie są zgrani w stopniu wręcz telepatycznym i naprawdę robi to fantastyczne wrażenie. 
W ogóle – wszystko tu maniakalnie pulsuje! To zapewne w dużej mierze zasługa rotorów na Hammondzie – zapewne czytaliście kiedyś o tych bardzo interesujących głośnikach rotacyjnych? Z innej beczki, Eilertsen ma tu bardzo ciekawą rolę: niby głównie akompaniuje, bo cały czas na widoku zdaje się być raczej część organowo-perkusyjna, ale mimo to zajmuje gigantyczny kawałek przestrzeni akustycznej i dorzuca dodatkowe decybele, przez co robi się jeszcze mocnieeeeeeeeeeeej.

 

Nagle, małe stop. „Hymne” uderza bardzo kameralnym, nostalgicznym brzmieniem – nasz bohater basu przesiada się tu na gitarę elektryczną, zaś Lofthus w ogóle odpuszcza sobie udział. Jest przestrzennie, jest sentymentalnie, harmonijnie i pomysłowo. Jednocześnie nie brak tu wariacji faktury samych organów i wybitnej zgrabności w grze. Świetna kompozycja, wyśmienicie zinterpretowana – wcale nie gryzie w środku tak dynamicznej płyty, wręcz przeciwnie, pasuje jako idealny odświeżacz smaku. A poootem… „Misdirection”! Kawałek ostro bujającego fanczura z plamami syntezatorów i cholernie ciasnym zgraniem. 

 

Podsumowaniem albumu są interpretacje dwóch utworów Weather Report – „Doctor Honoris Causa” i „Directions”. Dzwoniące, osaczające nas partie z „Causy” to tylko wstęp do skrzętnie budowanego napięcia na tle dręczonego hi-hatu i powolnych podmuchów basu. Miejscami wręcz symfonicznie tekstury, raz rozmyte, a raz ostre jak brzytwa brzmienie e-piano i to odliczanie, tak dramatyczne odliczanie, az wszystko wyskoczy z torów i poleci gdzieś… Gdzieś, nie wiemy gdzie, ale wyczekujemy tego z niecierpliwością. Tak, drażenie się ze słuchaczami rzeczywiście panom wychodzi znakomicie. Tymczasowe rozwiązanie jest dosyć mało spodziewane – nagle dostajemy zupełnie niespodziewany jam, który jednak zupełnie nie rozczarowuje, nareszcie mamy tutaj trochę więcej zabawy ze strony Nikolaia. Ha, właśnie – aż szkoda, że dopiero teraz. Wahujący bas naprawdę kradnie sporo uwagi reszcie zespołu! Bardzo zgrabne i intrygujące podejście do kompozycji Weather Report. A co z zamykającym album „Directions”? Narkotyczne, nadpobudliwe zagrywki, skrzywione e-piano i bas-buldożer. Spokojnie moglibyśmy zrównać z ziemią całe miasta takim mrukiem basiwa. Pod koniec dramatyczne zejście wręcz do jedności i świetne podsumowanie krążka!

 

Gdyby ktoś spytał mnie o „płytę dla nadpobudliwców”, to zdecydowanie (co prawda w o wiele gęstszym towarzystwie, ale to nadal i tak dużo) E9 poszłoby pod moje zastanowienie jako mocna propozycja.
Autor:

Filip Skirtun