Przebłysk nieskażonych melodii – Vanessa Amara

Recenzje
 
Duński label posh isolation skupia duńską elektroniczną śmietankę towarzyską. Ciężko jednoznacznie zdefiniować i gatunkowo zakwalifikować muzykę Duńczyków. Niby znajdziemy w katalogu produkcji zarówno noise, industrial, jak i ambient czy drone, ale to twórczość, która poprzez poznanie i samostanowienie nieustannie się zmienia, jest wielowymiarowa, wielokształtna, wielowarstwowa… Baza pomysłów stowarzyszonych tam artystów musi być doprawdy wielka, by zachować spójność, i analogicznie sprawić, by dosłownie każdy projekt poruszał inną, ważną kwestię oraz przekraczał nowe bariery i strefy komfortu słuchacza.

 

Kilka lat temu w posh isolation narodził się nowy twór - Vanessa Amara, duet tworzony przez Birka Gjerlufsen Nielsena i Victora Kjellerup Juhla. Narodziny te można by interpretować jako zapoczątkowanie nowej ery wytwórni. Z krzyku, jazgotu i łoskotu wyłonił się przebłysk nagiej, nieskażonej melodii kruszącej serca swoją niewinnością i delikatnością, jak u dziecka. Za sprawą krystaliczności w połączeniu z melancholią, jaką Duńczycy nam serwują, udowodnili, że to odpowiednio dawkowany szum i fenomenalna harmonia mają największą siłę. 

 

Od tamtego momentu duet wraz ze swoją twórczością stale się rozwijał, dojrzewał - a efektem tego były coraz szlachetniejsze dzieła. Ostatnim z nich jest „Manos”, który śmiem potraktować jako najważniejsze z całej dyskografii Vanessy Amary.

 

Czysto rezonujący ambient od początku przybiera różne postaci. Juhla i Nielsen doskonale wiedzą, kiedy w tle mają zadźwięczeć dzwonki, kiedy powinni musnąć klawiszy organów kościelnych, a kiedy prym mają przejąć syntetyczne smyki. Nawet stałe wzbogacanie repetycją, przenikającymi się loopami i wszelkimi zakłóceniami nie są tu efektami dźwiękowymi, a stanowią istotny instrument muzyczny.

 

Jestem pewna, że to właśnie „Manos” zupełnie wniknął w tkankę muzyczną, zawładnął nią swoją emocjonalnością w najczystszej postaci.
Autor:

Karolina Kobielusz