1988 – “Gruda”

Artykuły

Synowskich konszachtów ciąg dalszy. Przemysław Jankowiak / 1988, połowa duetu Syny, na debiutanckim albumie „Gruda” jego solowego projektu 1988 eksploruje najciemniejsze zakamarki dubu, soulu i hip-hopu. Popis jego produkcji muzycznej można było usłyszeć na wzbudzającym kontrowersje krążku „Orient”, który współtworzył wraz z Robertem Piernikowskim w ramach wcześniej wspomnianego projektu Syny. Na „Grudzie” jednak Jankowiak przedstawia o wiele ciemniejsze, bardziej brudne oblicze swej muzyki.

 

Album otwiera utwór „Rydwan”, który na samym początku dźwiękami syntezatorów delikatnie wprowadza słuchacza, następnie przeprowadza go przez przedziwne, niepokojące sample, by finalnie pod wpływem niesamowicie ciężkiego basu ukazać prawdziwe oblicze tego albumu. Równowaga utworowi przywrócona jest delikatnymi dźwiękami przypominającymi indyjski sitar, które również wdrażają pewną dozę niepokoju. „Intro” zaś swymi syntezatorami nawiązuje do tego, co już mogliśmy usłyszeć na synowskim „Oriencie”.  „Nocny” dobrze wpisuje się w stylistykę całej płyty, a wirujące sample wprowadzają trochę różnorodności do bardzo jednostajnego tempa towarzyszącemu tej kompozycji muzycznej. Jednak następująca po nim „Mantra” budzi niedosyt. Zmieniające się partie dźwiękowe budowane na tym samym rytmie na dłuższą metę przynoszą znużenie, jednak domyślam się, że Jankowski chciał przestawić tym zabiegiem tytułową mantrę. Niestety, tutaj nie wypada to najlepiej.

 

Utwór „Strobo” od razu przywraca zainteresowanie albumem. Brzęczący, mocny bas ponownie miażdży, a sample rozchodzące się echem nadają przestrzenności. Myślę, że takiego utworu nie powstydziłby się nawet Clams Casino, czy inni producenci związani z mrocznym i tajemniczym rapem. „Tajemnica i melancholia ulicy” to spokojniejszy moment na „Grudzie”. Rytmiczne tempo i dźwięki o wysokim tonie wprowadzają trochę świeżego powietrza do ponurego i zakurzonego całokształtu. Ciekawym zabiegiem jest tutaj wykorzystanie partii dźwiękowej przypominającej saksofon – zupełnie niespodziewane, lecz z pewnością na plus. „Szczecin” za to tonie w szumach. Świetnie brzmią na nim roznoszące się echem sample i rozmyte partie wokalne budzące niepokój. Ma on swój senny klimat, a stylistyka lo-fi, która mu towarzyszy czyni go jeszcze bardziej intrygującym.

 

„W twoich oczach” nie wyróżnia się bardzo spośród całej tracklisty, ma w sobie jakąś cząstkę tego, co 1988 i Piernikowski prezentowali na „Oriencie”. Natomiast następująca po nim „Gruda” to najciekawszy moment na całym albumie. Budowa utworu jest bardzo skondensowana, nałożonych na siebie kilka efektów w swym zróżnicowaniu dźwiękowym stylistycznie świetnie się ze sobą łączą. Pulsujący bas, brzęczące sample oraz stłumione głosy Piernikowskiego i 1988 również dodają temu utworowi niepokojącego nastroju. Jednak najbardziej wyrazistym elementem tej kompozycji jest ten wręcz apokaliptyczny syntezator nałożony co jakiś czas na całokształt partii dźwiękowych. Zamykający płytę kawałek „Synu” też niestety nie zaspokaja. Chłodne syntezatory i szumy wyciszają nastrój, jednak nie jest to wymarzone zakończenie tak niesamowicie nakreślonego stylistycznie projektu. A szkoda, bo z tej brudnej i niepokojącej estetyki można było jeszcze coś wyciągnąć.

 

Przemysław Jankowiak prezentuje nam projekt, który mimo potknięć, swą stylistyką przekonuje. Zakurzone utwory przepełnione niepokojem, mrokiem, nostalgią i momentami nawet smutkiem – to właśnie opisuje „Grudę”. Na polskiej scenie muzycznej artystów o takiej estetyce muzyki jest mało, dlatego to właśnie czyni jego produkcję świeżą. Jednak zastanawia mnie to, czy twórczość 1988 może wyewoluować w coś równie interesującego wciąż zachowując ten wyjątkowy klimat? Pozostaje mi tylko czekać na to, co Jankowiak przygotuje dla wszystkich w przyszłości.

 

Autor:

Filip Preis