Skinny Puppy “VIVIsectVI”

Artykuły

W przyszłym roku minie trzydzieści lat od wydania tej płyty. Płyty, która nie traci na sile i której słuchanie wciąż wywołuje ciary, jak w przypadku mało którego albumu z lat osiemdziesiątych. Nie ulega kwestii, że electro-industrialne trio z Kanady było tutaj w najlepszej formie.

 

Wydane dwa lata po "Twitch Ministry" i chwilę przed "Pretty Hate Machine" Nine Inch Nails, "VIVIsectVI" należy do ścisłego kanonu muzyki post-industrialnej z późnych lat osiemdziesiątych, która wówczas coraz śmielej szła w stronę piosenki. Ale nie Skinny Puppy. Psina zawsze chadzała swoimi ścieżkami i na swoim czwartym albumie zabrzmiała jak zespół z pogranicza. Nie tak radykalni jak, dajmy na to, Einstürzende Neubauten, i nie tak chwytliwi, jak KMFDM, postanowili zaproponować swoim fanom coś zdecydowanie trudniejszego. W efekcie powstała płyta, która, na pierwszy rzut ucha, brzmi jak muzyka na potańcówkę dla neurotyków albo pacjentów z oddziału zamkniętego.

 

Bo "VIVIsectVI" rzeczywiście trudno się słucha. Zwłaszcza na początku, kiedy jeszcze nie jest się w stanie ogarnąć wszystkich warstw tych genialnych kompozycji. Ogre brzmi jak obłąkany, bity gniotą małżowiny, partie synciaków dają piąchami w serce, a ile w tym wszystkim piękna, kiedy już się człowiek osłucha. W owym czasie Skinny Puppy zajęło jasne stanowisko: wiwisekcja na małpach, szczurach i innych zwierzakach jest okropna. Psina jedzie więc po ludziach jak należy, czego dowodem "Human Disease", bo my faktycznie mamy niebywały talent do rujnowania wszystkiego, co natura powoła do życia. Jesteśmy pomyleni i słabi, jak w "Harsh Stone White", poruszającej quasi-balladzie o waleniu środków uspokajających. Nasz los jako bytów świadomych życia i śmierci jest niewątpliwie ciężki, ale to nie usprawiedliwia syfu, jaki siejemy na tej planecie. Np. trując gazem, jak w czasie konfliktu Iranu z Irakiem, o czym traktuje "VX Gas Attack". Stąd ta gorycz, stąd ten wkurw na tej płycie.

 

To niebywałe, jak poruszająca jest ta muzyka. Będąc tak hałaśliwą i odpychającą, jest jednocześnie genialnie zrównoważona tanecznymi momentami, których nie powstydziłoby się Depeche Mode z tamtego czasu. W połączeniu z samplami z horrorów tworzy to melanż jedyny w swoim rodzaju. To był ten moment, kiedy we trójkę rozumieli się najlepiej. Mieli wizję, wiedzieli, co chcą powiedzieć i wiedzieli jak chcą zabrzmieć. Ale "VIVIsectVI" to też, niestety, początek końca. Potem były jeszcze wspaniałe płyty, ale pojawiła się heroina, kłótnie, forsa i w końcu Psina zgubiła orientację w terenie. Słuchając dziś późniejszych płyt - "Too Dark Park" i "Last Rights" - brzmienie "VIVIsectVI" może wydawać się czerstwe. Ale gdzie indziej możemy usłyszeć piosenkę, która przyciska równie mocno jak "Testure"? Psina wyje z bólu, patrząc na nas oczami pełnymi lęku i złości. W tym siła i piękno "VIVIsectVI".

 

Nota: zespół we wkładce zaleca słuchać głośno albo nie słuchać w ogóle.

 

 

Autor:

Jacek Szafranowicz