SENTYMENTY: Lechosław Polak (Księżyc) cz.2

Artykuły

Przełom podstawówki i liceum (czyli aktualnie – jeszcze tylko przez dwa lata – gimnazjum, ależ to się ciągle zmienia) to okres sturm und drang, chłonięcia przeróżnych gatunków muzycznych, analizowania, trawienia ich, jak to by się dziś powiedziało – procesowania i formowania szkieletu przyszłych upodobań i preferencji. Jednym słowem, kształtowania gustu… 

 

Chwila, miało pójść jak z płatka, ale początki zwykle są łatwe, druga zaś część cyklu to już spore wyzwanie. Tym bardziej, że im głębiej sięgam pamięcią w ten okres mojej edukacji muzycznej, tym większe widzę wiry i głębsze odmęty. Trudno mi też wskazać kolejne “kamienie milowe”, wykonawców lub utwory, które w tym akurat czasie wywarły na mnie największe wrażenie. Czy ich nie było? Czy wręcz przeciwnie, było ich zbyt wielu/wiele? Spróbuję to zaraz rozstrzygnąć. Jeśli to w ogóle możliwe.

 

 Nie da się ukryć – równolegle z muzyką ambitniejszą, i w podstawówce, i w liceum słuchałem również “tego co wszyscy”, czyli w moim przypadku ABBY, Boney M, Smokie, Ultravox, Frankie Goes to Hollywood (a to już trochę po liceum)…… Zdecydowanie łatwiej mi powiedzieć, czego nie lubię i nie słucham – muzyki country, klasycznego rock’n’rolla, i może czegoś jeszcze, czego z racji tego, że nie słucham, nawet nie kojarzę… 

 

Przez długi czas miałem słabość do solówek gitarowych (wciąż jestem otwarty, jeśli jakaś jeszcze byłaby w stanie mnie zaskoczyć), czy to za sprawą pierwszej, jaką usłyszałem (poza wcześniej wspomnianym Apostolisem), kończącej Hotel California The Eagles KLIK, o ile mnie pamięć nie myli, numeru jeden listy przebojów roku 1977 któregoś z programów Polskiego Radia, wtedy było ich raptem trzy, więc prawdopodobieństwo błędu niewielkie, stawiam na program pierwszy. Z tego samego roku pochodzi inna piosenka z mojej nieskończonej listy wszech czasów, C’est la vie Grega Lake’a KLIK (chociaż sygnowana jak Emerson, Lake and Palmer, z płyty Works). Piękna melodia (z ckliwą – paryską, rzekłbym – partią akordeonu) i prosty, piękny tekst (a muszę przyznać, że bardzo rzadko zwracam uwagę na teksty, często ich w ogóle nie słucham). 

Do you love And then how am I to know If you don't let your love show for me C'est la vie

Z całej plejady zmarłych w ostatnim roku artystów, śmierć Grega Lake’a poruszyła mnie naprawdę (jak również George’a Michaela (!), ale to już z zupełnie innych, sentymentalnych a nie muzycznych względów). To jeden z moich ulubionych męskich głosów (a jest ich bardzo niewiele, w przeciwieństwie do głosów żeńskich), pojawi się tu jeszcze przy co najmniej jednej okazji.

 

Wracając więc do meritum – to był okres kształtowania gustu lub jego braku, co przyznaję z perspektywy czasu w odniesieniu do moich niektórych ówczesnych ulubieńców, ale któż nie popełnia błędów? Z drugiej strony, de gustibus non est disputandum. O gustach się nie dyskutuje, a trochę kiczu nikomu jeszcze nie zaszkodziło. (Czyżby???) O tym też jeszcze z pewnością będzie.

 

Z takich czy innych względów nie miałem dostępu do źródeł z Zachodu, a ponieważ płyty polskich wykonawców były, paradoksalnie, trudniej dostępne – swoją przygodę z muzyką rockową zacząłem, siłą rzeczy, od twórców węgierskich i niemieckich (tych z NRD). Tu od razu uprzedzę ewentualne pytania – nie, nie miałem również dostępu do muzyki z byłej Jugosławii i nie, nawet kiedy ją poznałem, szczególnie jej nie polubiłem, może z wyjątkiem Borghesii KLIK, co do której nawet nie wiedziałem, że jest z Jugosławii (poza tym to późniejsze czasy). A jedyną w mojej kolekcji płytą z Jugosławii było ichniejsze wydanie Animals Pink Floyd KLIK kupione na Wolumenie (jeśli ktoś jeszcze tę nazwę kojarzy jako synonim targu staroci, to pochodzi ona od ulicy na warszawskich Bielanach, przy której przez jakiś czas faktycznie się mieścił). No i od razu przypomniała mi się kupiona tamże kaseta z niesamowitym koncertem Live and Dangerous  Thin Lizzy, a tam kolejne wiekopomne dla mnie solówki gitarowe KLIK. To chyba rok 1979. Żeby zamknąć temat Pink Floyd, bajeczna wokaliza z The Great Gig in the Sky KLIK.

 

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do Węgrów i Niemców. Czy ich muzyka przetrwała próbę czasu? Można by polemizować, jednak słuchałem ich wówczas dosyć namiętnie i niezaprzeczalnie wywarły piętno na mojej wrażliwości muzycznej. Niektórych zespołów nie pamiętam nawet z nazwy. Do niektórych wracam od czasu do czasu, jak choćby Omega KLIK, City KLIK czy Piramis KLIK. Wkrótce miałem poznać ich zachodnie pierwowzory, a prócz tego trafić na pierwsze zwiastuny gatunków i wykonawców bliższych moim obecnym preferencjom i przejawom twórczości własnej w ramach Księżyca.